Na “Detektywa” czekałam od momentu, w którym pojawiły się pierwsze wzmianki o tym serialu. Po pierwsze – bo trudno znaleźć naprawdę dobry serial kryminalny (jeśli “Detektywa” wcisnąć do tej kategorii, bo to raczej “nihilistyczny dramat policyjny”), a po drugie jestem wielką fanką Woodiego Harrelsona, jego krzywego nosa i największej szczęki na świecie.

Po obejrzeniu pierwszego sezonu był taki moment, że chodziłam w kółko i każdą napotkaną osobę namawiałam do oglądania tego serialu. W realu skoczyły mi się potencjalne ofiary – czas na namawianie wirtualne.

Oto 8 powodów, dla których należy sięgnąć po pierwszy sezon “True Detective”. W oczekiwaniu na sezon drugi, oczywiście:

  1. Matthew McConaughey już nigdy nie zagra lepszej roli.
    Może na początku chodziło o Woodiego. Może McConaghey oskara dostał za “Witaj w klubie”. Ale to rola Rusty’ego zmieniła go z blondwłosego nazbyt umięśnionego lalusia z komedii romantycznych w introwertycznego, pozbawionego złudzeń i żyjącego na krawędzi mrocznego szaleństwa policjanta. Co tu dużo mówić – Rusty był po prostu obłędny.
  2. Świetny policyjny duet.
    Hart i Rust kradną show. W serialu  na szczęście porzucono zasadę “kochaj partnera swego jak siebie samego” na rzecz niechęci i przymusu wspólnej pracy aż do jeszcze większej niechęci przy jednoczesnej niemożliwości odpuszczenia sobie sprawy, która – choć z różnych powodów, przez lata nie pozwala żadnemu z nich sobie odpuścić.
  3. Luizjana to fascynujące miejsce.
    Rozległe monotonne pola, zdemolowane kościoły, kosmiczne rafinerie w środku niczego. Duszny, małomiasteczkowy klimat i dziwne poczucie strachu zawieszone w nieruchomym powietrzu. Stan, którego nie chcieli Hiszpanie, Francuzi wysyłali tam zesłańców z kanady i czarnych niewolników. Miejsce kary dla oszustów i prostytutek. Trochę czasu od tych wydarzeń już co prawda mineło, ale to dalej sielankowe miejsce.
  4. Niespieszna akcja
    Jeśli wolicie powoli budowane napięcie zamiast fajerwerków, strzelanin, Sylvestra Stalone i pościgów nie będziecie żałować ani minuty spędzonej z Detektywem. Na wszystko, co ważne w tym serialu jest czas. I chociaż niektórzy zarzucają temu serialowi przegadanie i powolną akcję – dzieje się bardzo dużo.
  5. Spektakularna scena pościgu
    Sześciominutowa scena wizyty Rusta w dość podejrzanym lokalu w celu “przyjacielskiej pogawędki” która nagle wymyka się im spod kontroli. Strzelanina i ucieczka przez mocno szemraną okolicę, gdzie mieszkańcy słysząc strzały… biorą broń i sami idą sobie postrzelać na ulicę. Całość nakręcona jednym ujęciem.
  6. Mnóstwo nawiązań i symboli
    To jak w Twin Peaks – możecie analizować każdą scenę po dziesięć razy a i tak nie odgadniecie wszystkich odniesień symboli i cytatów a także podpowiedzi w celu rozwiązania finalnej zagadki, które Nic Piazzolatto zafundował widzom True Detective. Heraklit, Nitsche, Kurt Vonnegut, Robert W. Chambers, H.P. Lovecraft… to dopiero początek. Coś dla… prawdziwych detektywów.
  7. Carcosa
    Mityczne miasto Carcosa, w którym rządzi Król w Żółci i które jest siedliskiem wszelkiego zła. Nie wiemy, czy Carcosa jest prawdziwym miejscem, sektą popełniającą morderstwa na małych dziewczynkach czy może stanem umysłu. Warto doczekać finałowej sceny, żeby się dowiedzieć.
  8. Klimat serialu
    Długie i jakby pływające ujęcia, niesamowite plenery prowincjonalnej Luizjany,  stonowana kolorystyka uczucie niepokoju towarzyszące od pierwszej do ostatniej minuty serialu. True Detective nie można zakwalifikować prosto do żadnego konkretnego gatunku. Kryminał, dramat, serial policyjny? Trochę tak. Ale nie sam pościg za zbrodnią jest tutaj najważniejszy. Najważniejsi są ludzie, którzy jak slogan serialu wskazuje – to najbardziej okrutne zwierzęta.