Blog o śmierci w popkulturze
Filmy

High-Rise czyli szaleństwo w jednostce mieszkaniowej

High Rise - Tom Hiddleston

Nazwiska Toma Hiddlestona i Clinta Mansella były dwoma dobrymi powodami żeby sięgnąć po film High-Rise.

Ale film na podstawie powieści J.G. Ballarda “Wieżowiec” nie przynosi prawdziwych emocji, a trochę stawia widza za szybą – niby wszystko jest w porządku, ale nie udzieliły mi się dzikie szaleństwa z ekranu.

Mamy tutaj głównego bohatera – doktora Lainga, który wprowadza się do świeżo wybudowanego wieżowca i pragnie tylko jednego – świętego spokoju. Nie jest to jedynie wieżowiec ale prawdziwa jednostka mieszkaniowa – z siłownią, basenami i supermarketem. Słowem – można z niego w ogóle nie wychodzić. Szybko okazuje się że Liang znajduje w nowym lokum wszystko to, o czym marzył – oprócz świętego spokoju.

Budynek jest miniaturą świata – na dole żyją biedni ludzie zmagający się z ciągłymi przerwami w dostawach prądu, a na górze pławiący się w luksusie, znudzeni bogacze którzy “mają już wszystko i jedyne, czego nie mogą, to uciec od samych siebie”. Na samym szczycie mieszka Royal – bóg, stwórca, Architekt którego marzeniem jest stworzenie idealnego mikro-świata. Tylko, że Royal nie opuszcza nigdy swojego apartamentu i nie ma pojęcia, co dzieje się poza nim. A niżej konflikt pomiędzy górą i dołem narasta.

Zaczyna się od tego, że bogacze zajmują ogólnodostępny basen i wyrzucając z niego dzieci urządzają sobie snobistyczną imprezę. Wilder (późniejszy przywódca rebelii) wraz z dziećmi “odbijają” basen a zamieszanie zmienia się w niekontrolowaną imprezę. Bogacze urządzają więc lepszą i większą orgię – sytuacja wymyka się spod kontroli i przeradza w prawdziwą wojnę. Budynek płonie, z okien lecą sprzęty i ludzie. Ta mikrocywilizacja musi upaść, żeby potem móc odrodzić się na nowo.

I tylko Liang barykaduje się w swoim mieszkaniu i nie staje po żadnej ze stron. Nie może spać, nie może skupić się w pracy. Obsesyjnie chodzi na siłownię (w zapiętym po szyję szarym garniturze) i szuka idealnego odcienia szarości do pomalowania ścian w swoim mieszkaniu-twierdzy. Nie jest wystarczająco dobry, żeby zadawać się z bogaczami do grona których aspiruje (co świetnie ukazuje scena balu kostiumowego), a jednocześnie nie identyfikuje się tak do końca z mieszkańcami swojego piętra.

high-rise-01

Ten film to szaleństwo w czystej postaci, osadzone w pięknej retro-estetyce którą mogliśmy też oglądać w filmie Ona czy serialu Bates Motel – niby współczesność, ale mocno wystylizowana. Dużo w niej symboli, dowołań do sztuki i cytatów z literatury – tropiciele takich zagadek na pewno nie będą zawiedzeni.

Oglądając High Rise czułam się trochę jak w domu wariatów – ta alegoryczna opowieść nie przynosi jednoznacznego rozwiązania, nie ma umoralniającego przesłania a nasz bohater jest trochę antybohaterem, człowiekiem bez właściwości którego do końca nie da się odgadnąć.

Sama mam mieszane uczucia co do tego filmu, ale polecam obejrzenie go jeśli lubicie filmowe niespodzianki – wśród moich znajomych krążą o nim naprawdę zaskakujące opinie.

Nie zawiodły nazwiska które przyciągnęły mnie do tego filmu – Toma Hiddlestona uwielbiam od czasów brytyjskiej wersji “Wallandera”, kiedy jeszcze prawie nikt o nim nie słyszał, a Mansella od czasów jego soundtracku do filmu Pi.

A najlepszy ze wszystkiego jest cover Abby “SOS” w genialnej interpretacji Portishead. 

 

Article written by:

Amatorka kryminałów - tych na papierze i tych na ekranie. Niekoniecznie tych z hollywoodzkich ekranów i promocji w księgarniach. Lubię skandynawskie krajobrazy, rower i meksykańskie jedzenie.