Reklama w mediach, bilbordy, porównania do Stephena Kinga – kampania reklamowa książki “Istota zła”  Luci D’Andrea w przedświątecznym okresie ruszyła pełną parą.

Na pewno wiele osób sięgnęło po nią żeby zrobić świąteczny prezent jakiemuś fanowi kryminałów. Ja sama otrzymałam ją trochę wcześniej i (o ironio) zaczęłam ją czytać podczas wyprawy w góry w paskudną, ale to naprawdę paskudną pogodę.

Mam kłopot z jednoznaczną oceną tej książki – wymyka się ona trochę typowej literaturze gatunkowej i jest naprawdę udanym debiutem. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie dopatrzyła się też kilku rzeczy, które najzupełniej w świecie mi się w niej nie podobały. Szykując ten wpis postanowiłam zmienić formę i zamiast jednolitego tekstu wypunktować najpierw pozytywne, a potem negatywne strony książki.

Istota Zła – plusy książki:

  1. Góry zimą
    Uwielbiam góry, a szczególnie właśnie góry zimą. I to wcale nie narty, ale górskie wędrówki po ośnieżonych szlakach. Umiejscowienie akcji książki w wąwozie Bletterbach w południowym Tyrolu na pewno zachęci do lektury wszystkich miłośników wspinaczki (książce patronuje serwis wspinanie.pl) i gór. Niepokojące piękno Dolomitów, dająca się wyczuć atmosfera grozy i zrobienie z gór ważnego gracza w powieści to najlepsza jak dla mnie rzecz w tej książce. D’Andrea opisuje swoje rodzinne strony z perspektywy człowieka który wie, że to góry mają nad nami władzę, a nie odwrotnie.
  2. Ciekawy bohater
    Jeremiasz Salinger – nowojorski scenarzysta – przyjeżdża w Dolomity z dwóch powodów. Pierwszym jest chęć poznania rodzinnych stron swojej żony, drugim nakręcenie dokumentu o ratownikach górskich. Podczas zdjęć dokumejtujących akcję ratunkową, w nieszczęśliwym wypadku ginie cała ekipa ratowników – tylko Jeremiasz cudem uchodzi z życiem. I tu, gdzie skończyłaby się większość historii, fabuła “Istoty zła” dopiero się rozpoczyna.
    Luca D’Andrea w rzeczywistości sam napisał scenariusz do dokumentu o ratownikach górskich – przelał więc na swojego bohatera część swoich doświadczeń. Salinger bywa denerwujący, ale jest dobrze wykreowanym wielowymiarowym bohaterem.
  3. Wciągający początek
    Żeby oderwać myśli Salingera o wypadku jego teść opowiada mu historię sprzed lat o zabójstwie czwórki jego przyjaciół. Zmasakrowane ciała znaleziono w wąwozie Bletterbach, a winnego tej zbrodni nigdy nie złapano. Jak to w niewielkiej społeczności – nikt nie chce  o tym rozmawiać. Tylko, że w Siebenoch mieszkańcy niechęć do rozmów wyrażają łamaniem ci na plecach barowych krzeseł. Salinger zaczyna więc prowadzić swoje własne śledztwo – trochę, żeby zająć się czymś innym, trochę żeby pisać, ale przede wszystkim dlatego, że historia tego morderstwa zaczyna go zjadać. Kawałeczek po kawałeczku.
  4. Rodzina jest istotna
    Żona i sześcioletnia córka Salingera są ważnymi postaciami w tej powieści. W kryminałach żona, jeśli w ogóle się pojawia to albo jest już byłą żoną, ewentualnie żoną narzekającą że mąż-detektyw od ośmiu lat bez przerwy pracuje. Zdarzają się też żony-anioły, którym nie przeszkadza że mąż od ośmiu lat bez przerwy pracuje. Trudno ocenić, który typ żony-tła jest bardziej irytujący.
    W “Istocie zła” rodzina ma wpływ na Salingera, ich zachowania oddziałują na jego zachowanie. Nie zawsze ma to taki skutek, jakiego byśmy oczekiwali, ale zabieg ten łączy go z rzeczywistością niczym lina wspinacza ze skałą.

Minusy książki:

  1. Zmarnowany potencjał kryminalnej historii
    Po brawurowym wprowadzeniu i bardzo niepokojącym opisie poczwórnego morderstwa przychodzi nagle spadek tempa. Książkę czytało mi się dobrze, bo byłam zainteresowana losem Salingera i tego, jak zmierzy się ze swoimi problemami. Natomiast fundamentaly w kryminałach problem moredrstwa jakoś niezauważalnie odsunął się na dalszy plan.
  2. Niepotrzebny i nieprzekonujący finał
    W finale mamy dwa istotne wydarzenia – odkrycie mordercy i ciekawe zamknięcie “prywatnego” wątku Salingera. A potem na samym końcu jeszcze jeden finał. Może miało to być coś nowego i zaskakującego, ale jak dla mnie wyszło naciąganie i paradoksalnie gorzej, niż gdyby zakończenie książki było kilka stron wcześniej.
  3. Przegadana książka
    Są momenty, w których autor po prostu leje wodę. Powtarzanie zdań o “Bestii” i wałkowanie wewnętrznych rozważań głównego bohatera zamiast wprowadzać nastrój grozy, zaczęło mnie po prostu nużyć.

“Istota Zła” to pozycja która pozostawiła mnie z mieszanymi uczuciami. Jako czytelnik nie dostałam wszystkiego, czego naobiecywały mi reklamy i noty na okładce.
Jeśli szukacie nieoczywistych, nieszablonowych historii to nie będziecie zawiedzeni, bo na pewno dynamika akcji, jej zwroty i surowość klimatu tej opowieści to duże plusy. Nie do końca było wiadomo, co się wydarzy za chwilę, i właśnie tę niepewność uwielbiam.

Myślę, że warto sięgnąć po “Istotę zła” i czekać na kolejne książki Luci D’Andrea, bo pomimo pewnych niedociągnięć, jest to autor, który nie boi się odważnie i brawurowo pisać. A to właśnie ta brawura jest najbardziej pociągająca.

Istota Zła - Luca D'Andrea

Jeśli podoba Wam się mój blog  zapraszam do polubienia mojego fanpage na facebooku. Znajdziecie tam powiadomienia o tym, co nowego dzieje się na blogu.