Jakiś czas temu obraziłam się na taką jedną sieciową księgarnię. Pomyślałam sobie, że spokojnie przeżyją bez moich pieniędzy, które zdecydowanie bardziej przyda się tym malutkim, dla których każda sprzedana książka jest ważna. To nie było tak, że do tej pory kupowałam książki jedynie w centrach handlowych i supermarketach. Kupowałam po prostu gdzie popadło. Aż przyszedł moment w którym stwierdziłam, że nie chcę żeby moje pieniądze przeznaczone na książki trafiały do kogo popadnie.

 

hiszpanska

Więc zostawiam je teraz w kilku ulubionych wrocławskich księgarniach, a jedną z nich jest La Librería Española. Z początku, kiedy księgarnia była jeszcze w Krakowie wpadaliśmy tam od czasu do czasu po książki po hiszpańsku – teraz kupujemy je we Wrocławiu. Czasem napijemy się kawki, czasem spotykamy tam znajomych. Zawsze można zamienić kilka słów z obsługą która ma czas, porozmawia, coś poleci. Dlatego zrobiło mi się bardzo przykro kiedy usłyszałam, że temu miejscu grozi zamknięcie z powodów finansowych.

Wczoraj wybrałam się na minifestiwal kultury hiszpańskiej. Przez cały dzień można było posłuchać pieśni, literatury, pooglądać pokazy tańca. Moje (i chyba nie tylko moje) serce podbił zespół w skład którego wchodzili Polacy, Hiszpanie, Chilijczyk, Meksykanin, Argentyńczyk (o ile dobrze pamiętam :) o wdzięcznej nazwie Kumbia Mać. To był ich pierwszy koncert, ale sądząc po reakcjach pląsających widzów – mam nadzieję, że nie ostatni. Przyszło mnóstwo ludzi, a rozmowy toczyły się po równo po polsku i po hiszpańsku.

Mam wrażenie, że dla wszystkich którzy byli zaangażowani w ten festiwal to nie jest tylko księgarnia – to, jak twierdzą ich drugi dom. To byłby okropny wstyd, gdyby okazało się, że Europejska Stolica Kultury ma pieniądze na  idiotyczną szpilkostradę a nie ma pomysłu na pomoc takiemu miejscu jak Księgarnia Hiszpańska.

Księgarnia zamieniła martwe i dość straszne przejście między Placem Solnym a ul. Kazimierza Wielkiego w przyjemne patio ozdobione malunkami Tomasza Brody, którego wprost uwielbiam (z resztą wiadomość o tym, że miasto chce zamalować tę fasadę też mnie mocno zasmuciła).

Jest we Wrocławiu miejsce ozdobione przez znanego grafika, miejsce które jest miejscem spotkań nie tylko z nazwy. Wiem, że włodarze z pewnością chcieliby przeliczyć wszystko na piniążki, ale tak się po prostu nie da, a kultura niekoniecznie musi przynosić grube dolarsy do miejskiej kasy. Gdyby jeszcze miejsce świeciło pustkami – ale tak nie jest! Życzę Ewie i jej miejscu żeby wszystko się dobrze skończyło i żebym mogła chadzać tam (nie tylko) po książki jeszcze przez długie lata.

 

Koncert zespołu Kumbia Mać