.Uwielbiam Skandynawię – przyrodę, miasta, dziwnie brzmiące języki, cynamonowe bułki, prostotę w projektowaniu przestrzeni i przedmiotów. Nie jestem znawcą tej kultury, ale jeśli trafia się okazja wyjazdu na północ, to staram się jej nie marnować. Często po odwiedzeniu jakiegoś miasta sięgam po filmy i książki których akcja dzieje się w odwiedzonym przeze mnie miejscu. Mogę wtedy dobudować sobie to, czego nie ma w kadrach, umiejscowić akcję w rzeczywistości. Zaglądam wtedy do map, żeby zorientować się, gdzie została osadzona akcja książki.

Ostatni pobyt w Kopenhadze zainspirował mnie do sięgnięcia po “Most nad Sundem”.

Może pisząc bloga powinnam nabijać wpisy tytułami nowych i modnych książek i seriali? Może. Lubię sięgać po nowe książki ulubionych pisarzy, jak tylko się pojawią. Zazwyczaj jednak po prostu czytam i oglądam to, na co mam w danym momencie ochotę. Mam wrażenie, że książki i filmy trochę same do mnie “przychodzą” w odpowiednim momencie. Więc dzisiaj niezbyt modnie – piszę o serialu z 2011 roku.

“Most nad Sundem” (Bron/Broen) to produkcja duńsko-szwedzka. Trup też jest duńsko szwedzki, bo nogi są z jednego kraju, a góra z drugiego. A do tego leżą dokładnie na granicy – pośrodku słynnego mostu Oresund. Sprawę prowadzi szwedzka policjantka Saga Norén i duńczyk Martin Rohde. Festiwal subtelnych uszczypliwości podkreślające różnice między tymi dwoma narodami. Zaczyna się, kiedy Martin się przedstawia (a Saga jego nazwisko wymawia zupełnie inaczej) i trwa nieprzerwanie przez całą serię. Dla osób które miały przyjemność przebywać w Skandynawii (i podsłuchać co przedstawiciele jednej nacji mówią o innych) będą to dodatkowe smaczki.

Z resztą para głównych bohaterów jest wyjątkowo dobrze dobranym duetem – Saga zdaje się mieć lekkiego Aspergera. Mówi dokładnie to, co myśli nie rozumiejąc żadnych niuansów, dzwoni do Martina o każdej porze dnia i nocy i jest hmm… dość specyficzna i raczej mało towarzyska. Martin ma trzecią żonę, gromadkę dzieci i niemal udane życie rodzinne. Jedynym problemem jest to, że prawie w nim nie uczestniczy. Kompletnie nie dogaduje się z synem a swoje frustracje wyładowuje w przygodnych i równie bezsensownych romansach. Ot, kolejny policjant w  średnim wieku. Z jednej strony można wyczuć że ta dwójka została dobrana na zasadzie jakichś przeciwieństw, ale z drugiej strony te cechy są dobrane na tyle nie wprost, że raczej są swoim uzupełnieniem niż przeciwieństwem.

Podobały mi się ich początki jako współpracowników – w tej relacji twórcy nie zmuszali bohaterów ani do szczególnej sympatii, ani do sztucznie wykreowanej antypatii. Ich znajomość zaczyna się po prostu od zwykłej, neutralnej relacji między dwoma współpracownikami (no, może  zabarwionej niechęcią ze strony aspołecznej Sagi), która dopiero z czasem dość subtelnie przeradza się w chłodną przyjaźń.

 

No-it-wasnt-tasty

 

Fabuła serialu koncentruje się wokół pogodni za nieuchwytnym mordercą który dokonuje zbrodni według jakiegoś wzoru. Wzorem tym są problemy społeczne w Skandynawii: bezdomność, bieda (i olbrzymie bogactwo), prostytucja, imigracja…  Tym samym zdobywa sobie zarówno przeciwników, jak i fanów, widzących w nim upiorną wersję superbohatera. Bohatera w sprawie socjalnych zagadnień zrobił więcej, niż rząd przez lata. Mniejsza z tym, że przy okazji kilkanaście osób pożegnało się z tym światem. W serialu jest też kilka pobocznych wątków – pracownika socjalnego, który chroniąc ofiary przemocy domowej sam balansuje na granicy prawa, małżeństwa bogaczy w którym mąż czeka na przeszczep serca, a rodzina dawcy w ostatniej chwili zmienia zdanie. W pewnym momencie wszystkie te historie łączą się w jedną ukazując widzom świat bardzo, ale to bardzo odległy od naszych skandynawskich marzeń.

Bron/Broen pokazuje, że Duńczycy potrafią robić niezłe seriale kryminalne. Tak, jak The Killing również Most nad Sundem doczekał się amerykańskiego remaku. W angielskojęzycznej wersji akcja dzieje się na pograniczu z Meksykiem. Trudno mi wyobrazić sobie przeniesienie tej akcji i zachowanie mglistego, chłodnego klimatu oryginału zimowej Skandynawii. To właśnie ta ponura pogoda stała się niemalże jednym z bohaterów serialu.

W Moście nad Sundem znajdziemy wszystkie grzech północy ukryte pod płaszczykiem wysokiego socjalu, schowane za czerwonymi domkami, i wpychane pod łóżka z Ikei. Sceneria wcale nie przypomina tej z pocztówek, ludzie nie są mili a śledztwo nie posuwa się wartko do przodu. To właśnie ta stagnacja, brak spektakularnych akcji, a raczej mozolne poruszanie się po tej historii są największym atutem serialu. To serial dla tych, którzy lubią się zanurzyć w powoli rozwijającej się, dość przygnębiającej i wręcz boleśnie prawdziwej fikcji.

 

9QxDMc7FwJYr1bRqiS45YNQSYRc

Plakat z serialu Most nad Sundem

No i jest jeszcze bardzo klimatyczna czołówka z piosenką kopenhaskiego Choir of Young Believers: