OA to serial który intryguje od samego początku.

Po siedmiu latach od zaginięcia Prairie Johnson nagle się odnajduje. Do tego przed zniknięciem była niewidoma, a po odnalezieniu okazuje się, że dziewczyna odzyskała wzrok.

Tam, gdzie historie o zaginionych dzieciach zazwyczaj się kończą, historią Prairie dopiero się rozpoczyna.

Powrót do domu nie jest prosty, a rodzina wcale nie spędza czasu śpiewając Kumba-ya przy płonącym kominku. Dziewczyna nie chce opowiedzieć rodzicom skąd ma blizny na plecach, co się z nią stało i gdzie była. A przede wszystkim – dlaczego zniknęła. Rodzice nie potrafią pogodzić się z bezsilnością i niewiedzą. Do tego nie potrafią uszanować, że dziewczyna nie chce się dzielić traumatycznymi przeżyciami. Rodzina jest pod jednym dachem, ale tak naprawdę wcale nie razem, a powrót dziecka do domu wcale ich nie zjednoczył.

Prairie znajduje więc pięć osób, których pozornie nic nie łączy. Lokalny łobuz, zdolny chłopak z patologiczną matką, nauczycielka, dziewczyna, która chciałaby być chłopcem i sierota.  I to właśnie im postanawia opowiedzieć o tym, co się jej przytrafiło. A jej opowieść jest niezwykła – począwszy na dzieciństwie spędzonym w Rosji a skończywszy na powrocie do domu.

OA trudno zaklasyfikować do jakiegoś konkretnego gatunku. To było trochę takie Stranger Things dla dorosłych. Ja bym powiedziała, że to dramat z elementami science-fiction. Bo to właśnie ludzkie relacje były najważniejsze. A do tego do samego końca nie wiadomo co jest prawdą, a co tylko fantazjami dziewczyny po traumatycznych przeżyciach. I tak jak jej serialowych słuchaczy – przestaje to widzów obchodzić. Po prostu dajemy się ponieść tej historii.

Dla mnie była to opowieść o ludziach którym czegoś brakuje. Rodzicom Prairie brakowało dziecka i niewidoma, zależna od nich dziewczynka spełniała ich potrzeby. Dorosła, widząca i niezależna kobieta nie jest tym, czego chcieli. Każdy z bohaterów tego serialu zmaga się z jakąś formą straty – śmierć kogoś bliskiego, brak miłości, patologia. I to właśnie w tej niezwykłej grupie nawiążą się bliższe relacje. I aż do końca nie będą wiedzieć jak silna jest ta więź.

Największą zaletą serialu OA jest jego nieprzewidywalność

Ile widzieliście seriali?
Ile razy już po kilku odcinkach wiedzieliście dokąd zmierza cała opowieść?
Ja tyle razy, że niektórzy nie chcą oglądać ze mną filmów, bo potrafię przewidzieć ich koniec.

Oglądając OA naprawdę nie miałam bladego pojęcia, dokąd poprowadzi mnie fabuła. Historia była tak dziwna, że po prostu z szeroko otwartymi oczami wchłaniałam kolejne odcinki.

Serial stworzyli  Zal Batmanglij i Brit Marling, która świetnie zagrała główną rolę. W napisach zobaczycie nazwisko Brada Pitta, który wyprodukował serial. Oprócz Scotta Willsona (Hershela z Walking Dead) nie znajdziecie tu głośnych nazwisk. Obsada wypadła świeżo i wiarygodnie. Czasem mam wrażenie, że drugoplanowi aktorzy, to ta sama grupka ludzi którzy pojawiają się we wszystkich możliwych serialach. OA na szczęście postawiło na nowe twarze.

Brit Marling w serialu OA

Najbardziej bolały nielogiczności w zachowaniu bohaterów. Robili rzeczy, które nie miały sensu a ich działania nie raz zasłużyły na “facepalm”. Scenarzyści momentami zapomnieli o pytaniu “ale co ja bym zrobił w takiej sytuacji?” i o tym, że widz powinien mieć jednak poczucie, że to co robią bohaterowie powinno mieć jakiś sens. Nie jest to tylko moje spostrzeżenie – na forach internetowych widzowie nie zostawili suchej nitki na scenariuszowych absurdach.

OA, podobnie jak “I orgins” i “Druga Ziemia” to inteligentne, niezależne Science-Fiction. Bez statków kosmicznych i dzikich efektów specjalnych, ale za to z dużą dawką emocji. Pomimo pewnych niedoróbek naprawdę można się wciągnąć i obejrzeć coś, czego wcześniej w serialach nie było.