Blog o śmierci w popkulturze
Kryminały

Porcelanowy konik – czyli skandynawski kryminał bez efektu WOW

Helene Tursten - Porcelanowy konik

Książkę “Porcelanowy konik” czytałam bez mała cztery miesiące i nie mogłam jej skończyć. Jest to jedna z tych książek, które nie są na tyle wciągające, żeby chcieć ją przeczytać na raz, ale z drugiej strony nie aż tak złe, żeby raz na zawsze dać sobie z nimi spokój.

“Porcelanowy konik” jest książką z 1998 roku – pierwszą z serii książek o inspektor kryminalnej Irene Huss. W Szwecji cykl stał się na tyle popularny, że powstały na jego podstawie dwa sezony serialu kryminalnego. W Polsce, (wg Wikipedii) “Porcelanowy Konik” jest czwarta opublikowaną książką Helene Tursten.

Fabuła książki zaczyna się dość ciekawie – bardzo bogaty przedsiębiorca Richard von Knecht wylatuje przez okno ze swojego apartamentu w Gotteborgu. Na początku sprawa wygląda jak samobójstwo, jednak (a jakże!) szybko okazuje się, że ktoś mu pomógł wyjść przez balkon i wtedy do akcji wkracza inspektor Irene Huss.

I tutaj pojawia się, moim zdaniem pierwszy problem – główna bohaterka poprowadzona jest nijako – nie potrafiłam jej sobie wyobrazić, ani tego, jak wyglądała, ani jaki miała charakter. Ma męża, dzieci, jest pochłonięta pracą i z tego wynikają jej rodzinne problemy ale… wcale jej nie współczułam i nie kibicowałam – miałam wrażenie, że nie miała żadnej osobowości i było mi naprawdę wszytko jedno, co się z nią stanie.

Pomimo tego, że na okładce widnieje napis “Mistrzyni szwedzkiego kryminału” osobiście nie oceniłabym tej książki aż tak dobrze i nie wiem, na ile to wina samej fabuły, a na ile tłumaczenia i redakcji, bo to nierozerwalnie wiąże się ze sobą.

Po pierwsze literówki – sama pracuję na co dzień z tekstami (nie po polsku, ale jednak) i wiem, że błędy się zdarzają. Czasem. A tutaj znalazłam kilka, jakby opcja autokorekty w redaktorskim komputerze została wyłączona. Na to jeszcze spuściłabym kurtynę milczenia, gdyby nie fakt, że znalazłam miejsce, gdzie główna bohaterka mówiła o sobie w rodzaju męskim, co już było ewidentnie logicznym błędem. Żarty bohaterów były dla mnie niezbyt śmieszne – no dobra, może mam niezbyt dobre poczucie humoru.

Moją uwagę zwróciło tłumaczenie – często w moim odczuciu bardzo dosłowne. Oczywiście ważna jest dokładność tłumaczenia, ale niemniej istotne jest dopasowane tekstu do realiów języka, na który się tłumaczy. Wiem, że w Skandynawii przekleństwa często referują do diabła, piekła itp. Ale w Polsce na prawdę nikt nie mówi “ten diabeł powiedział, że je spalił” ani nie używa zwrotu “nie mieliśmy ani gówienka do czynienia…”. No nie. I to właśnie te dialogi które brzmiały bardzo nienaturalnie powodowały, że nie dałam rady uwierzyć w całą historię.

W skandynawskich kryminałach cenię sobie bardzo wątki socjologiczne, to, że jakby nie było, gatunkowa literatura umiejscowiona jest w szerszym kontekście. Wrażliwi na różnego rodzaju problemy i nierówności szwedzcy pisarze przemycają je do swoich książek i często są one nie tylko tłem, ale częścią kryminalnej intrygi. W “Porcelanowym koniku” takim tematem miał być rasizm – córka Irene zakochuje się w szwedzkim nacjonaliście, goli głowę na łyso i zostaje skinheadką. Irene zaprasza do domu przyjaciela, który opowiada o wojennych przeżyciach swojej rodziny i mówi do nastolatki “jak popierasz skinheadów, to nie chcę być twoim przyjacielem” a ona na to “o nie, bądź moim przyjacielem!” I nagle zmienia swoje poglądy  o 180 stopni. Serio? Byłam kiedyś nastolatką i pamiętam jeszcze, że nie tak łatwo było mi wybić coś z głowy, a interwencje dorosłych raczej przynosiły skutek odmienny do zamierzonego. Ale może w Szwecji wychowanie dzieci jest łatwiejsze.

Wróćmy jeszcze do najważniejszego – fabuły. Dla mnie śledztwo ciągnęło się w nieskończoność i niestety, jego wynik nie był zaskakujący i zabrakło jakiegoś wstrząsu, zwrotu akcji, niespodzianki – czegoś, co spowodowałoby że zapominamy o nijakiej głównej bohaterce i nie najlepszym tłumaczeniu i robimy WOW.

Książka “Porcelanowy konik” nie trafiła niestety w mój gust, chociaż przygotowując się do napisania postu trafiłam w internecie na bardziej entuzjastyczna niż moja recenzje – nie wykluczam więc, że komuś z Was może się ona spodobać. Egzemplarz książki dostałam w prezencie od wydawnictwa Replika (za co serdecznie dziękuję, niezależnie od mojej opinii o samej książce). Długo zastanawiałam się, czy w myśl przysłowia o darowanym  koniu należy napisać nie do końca pozytywną recenzję, ale zdecydowałam że moja opinia musi być rzetelna niezależnie od tego w jaki sposób weszłam w posiadanie książki.

Oczywiście jest to moja prywatna opinia – zawsze możecie sięgnąć po tę książkę i przekonać się sami.

Article written by:

Amatorka kryminałów - tych na papierze i tych na ekranie. Niekoniecznie tych z hollywoodzkich ekranów i promocji w księgarniach. Lubię skandynawskie krajobrazy, rower i meksykańskie jedzenie.