Blog o śmierci w popkulturze
Kryminały

Powrót nauczyciela tańca – czyli Mankell bez Wallandera

Zdjęcie szwedzkiego domu zimą,

Jechałam kiedyś na rowerze słuchając innej książki Henninga Mankella – audiobooka “Człowiek, który się uśmiechał”. Było wcześnie rano, dość gęsta mgła i jeszcze niezatłoczone, szarawe ulice. W otwierającej książkę scenie bohater jedzie samochodem w mglisty poranek i ma nieodparte wrażenie, że ktoś go śledzi. Przyłapałam się na tym, że z niepokojem zaczynam oglądać się za siebie. I właśnie za ten talent w budowaniu nastroju miłością absolutną darzę tego autora.

Przenosimy się do Skandynawii, a jakże! Jednak tym razem nie na południe, a do niewielkiego miasteczka w środkowej Szwecji. W tym miasteczku nie ma niczego interesującego. W ogóle nic tam nie ma, jak to na szwedzkiej prowincji – drogi, domki laski i jeziorka… A jednak z jakiegoś powodu ktoś postanawia w dość gwałtowny sposób pozbawić życia emerytowanego policjanta, a potem tańczyć tango z jego zwłokami.

Do sprawy włącza się Stefan Lindman (ech, daleko mu do Kurta W.) – młody policjant ze zdiagnozowanym nowotworem, który próbując zagłuszyć strach przed zaplanowaną terapią postanawia dowiedzieć się, co się stało z jego starym znajomym. Jakby rozwiązanie morderstwa miało być jednocześnie ukojeniem jego lęków przed  śmiercią.

Oczywiście okazuje się, że nasza ofiara – Herbert Molin wcale nie był aż takim spokojnym staruszkiem, a jego siwowłosi przyjaciele nie całe życie spędzili na nordic walkingu i piciu lurowatej czarnej kawy.

 

W “Powrocie nauczyciela tańca” Mankell za motyw wokół którego zbudował oś opowieści wybrał sobie nazizm – od II wojny światowej po dzień dzisiejszy. Jest to o tyle ciekawe, że co jakiś czas kwestie nazistowskiej przeszłości znanych osób są nadal podnoszone w Szwecji (przykładem jest choćby Ingvar Kampard, założyciel IKEA). Wiadomo, że pomysły Hitlera całkiem przypadły im do gustu: tutaj zmienili prawo na niekorzyść żydów, tam uprzykrzali życie Norwegom, jeszcze gdzie indziej zasilali ochotnikami niemiecką armię…

Z resztą współcześnie w szwedzkim parlamencie znalazło się trochę miejsca dla mocno nacjonalistycznych Szwedzkich Demokratów, którzy wcale nie są najbardziej radykalną ekipą u naszych przyjaciół z północy.

Dlaczego o tym wspominami?
Bo nie mogłam do końca zrozumieć intencji Mankella, który robi ze swojego głównego bohatera ćwierćinteligenta (Naziści? W szwecji? Nieee…). W końcu to śledczy i to całkiem ogarnięty – ze statystyki dużych liczb możemy założyć, że miał do czynienia z różnymi przestępstwami. I że w każdym europejskim kraju od czasu do czasu wypływają historie ze skrajnymi ugrupowaniami w roli głównej – no nie ma zmiłuj. A tutaj wszyscy są święcie oburzeni, że w Szwecji są “tacy ludzie” i szerzą “takie poglądy”. Bitch, please…

Nie wiem, czy autor chciał się uderzyć w pierś i zakrzyknąć, że Szwedzi wiedzą i przepraszają, czy może pomniejszyć skalę problemu i stworzyć wrażenie, że to tylko margines, a większość Szwedów to mili i tolerancyjni ludzie. W każdym razie nagłe odkrycie istnienia skrajnych prawicowców przez ekipę dochodzeniową jest okropnie sztuczne – spodziewałabym się czegoś lepszego po Mankellu.

Uff… a teraz napiszę coś milszego:

 

Patrząc szerzej na “Powrót nauczyciela tańca” niewątpliwymi mocnymi stronami książki są:

  • ciekawa intryga kryminalna – na ponad 550 stronach autor daje śledztwu czas na powolny rozwój, przestoje i błędy, co bardzo lubię, bo szczerze nie cierpię jak dowody atakują śledczego, świadkowie mówią prawdę i tylko prawdę, a mordercy oddają się w jego ręce.
  • Doskonale przedstawioną aurę jesienno-zimowej Szwecji. Mogłam niemalże poczuć wilgoć, zimno i zbliżającą się pośród lasów i jezior skandynawską zimę. Mankell to mistrz budowania nastroju.
  • Duet dwóch głównych policjantów – Stefana i Giuseppe. Chociaż formalnie nie byli partnerami to właśnie ich wspólna praca popychała śledztwo do przodu. Wnosili w powieść sporo świeżej energii. Czytanie fragmentów z nimi było jak oglądanie w serialu scen z ulubionym bohaterem.
  • Fakt, że nie jest częścią żadnej serii, bo wtedy zawsze kusi, żeby już, teraz od razu kupić i przeczytać wszystkie pozostałe czterdzieści trzy części (siedząc w dziurze czasowej która wypluwa dwustozłotówki…).

Poleciłabym tę książkę wszystkim, którzy lubią kryminały z historią w tle.

Article written by:

Amatorka kryminałów - tych na papierze i tych na ekranie. Niekoniecznie tych z hollywoodzkich ekranów i promocji w księgarniach. Lubię skandynawskie krajobrazy, rower i meksykańskie jedzenie.