Zdaje się, że Remigiusz Mróz nabrał nas wszystkich tworząc fikcyjnego farerskiego pisarza Ove Løgmansbø. Ujawnienie się nastąpiło mniej więcej w czasie premiery jego trzeciej powieści pt. “Prom”. Rozbawiło  mnie to i zaskoczyło, bo jego książki mają na wskroś skandynawski klimat i w życiu nie zgadłabym, że istnienie Ove Løgmansbø to po prostu sprytnie wymyślona mystyfikacja.

“Prom”, tak jak “Enklawa” i “Połów” przenoszą nas z powrotem na mroczne i zarazem pociągające Wyspy Owcze.

Na początku książki wydaje się, że Katrine zdołała poukładać sobie życie na nowo. Odeszła z duńskiej policji i postanowiła przenieść się do Hallbjorna który powolutku odzyskuje utraconą reputację wśród mieszkańców archipelagu.

Sytuacja komplikuje się już na samym początku, bo prom który wyruszył z Danii, zaraz przed dopłynięciem do docelowego portu zostaje przejęty przez porywaczy. Grożą oni wysadzeniem jednostki w powietrze jeśli ich żądania nie zostaną spełnione. Kartine, która znajduje się na pokładzie postanawia na własną rękę uratować sytuację.

To dopiero początek książki, ale odkrywanie czegokolwiek więcej byłoby zdradzaniem kolejnych zwrotów akcji, a tych w książce nie brakuje. Katrine i Hallbjorn przeżyli wiele, a w najnowszej książce czekają ich naprawdę dramatyczne chwile. Mogę jedynie napisać że ostatnią częścią farerskiej trylogii Remigiusz Mróz kończy z przytupem. Na swojej stronie internetowej autor pisze o tym, że jego pseudonim artystyczny celowo swoim brzmieniem i pisownią odwołuje się do Jo Nesbø. Moim zdaniem to właśnie “Prom” najbardziej mi przypomniał książki norweskiego pisarza. Dużo tutaj mocnych scen, zaskakujących zwrotów akcji i poczucia estetyki którego nie powstydziliby się bracia Cohen z czasów “Fargo”. Bardzo lubię taką kryminalną brawurę, która z wdziękiem ociera się o makabrę – niestety,  niewielu autorom udaje się balansować na tej cienkiej granicy nie przekraczając jej. Remigiuszowi Mrozowi ta sztuka zdecydowanie się udała.

Nie należy traktować “Promu” bardzo poważnie – oczywiście fabuła jest bardzo dramatyczna, ale czuć, że jest to również zabawa pisarza z kryminalną konwencją.

Faroje na które wracamy to zimne, zasnute chmurami i mgłą zimowe wyspy. Mieszkańcy to charakterni i twardzi ludzie. Ich stosunek do Danii i niepodległości Wysp Owczych jest tematem, który powraca w wielu sytuacjach. Niestety, nigdy nie byłam na tym archipelagu, ale opowieści znajomej która miała szansę tam być i poznać miejscowych wynika, że faktycznie Farerzy lubią robić sobie złośliwe żarty z innych skandynawskich narodów i mówić o odrębności wysp.

“Prom” zamyka farerską trylogię chyba na dobre. Polecam ją czytać od początku, bo kolejne części nawiązują do siebie i zdradzają, co było wcześniej. Remigiusz Mróz w ostatniej części nie wymyśla kryminału na nowo, ale daje nam solidną i spójną z poprzednimi częściami historię która trzyma w napięciu i jest nieprzewidywalna do samego końca.

Czy to Ove Løgmansbø, czy Remigiusz Mróz – nie ma znaczenia. Na Wyspach Owczych przeżyjecie dobrą, kryminalną przygodę. 

Prom - okładka

 

Zainteresowanych trylogią z Wysp Owczych zapraszam do recenzji Książki “Połów”.  Tym, którzy szukają podobnych klimatów polecam “Krew na Śniegu” Jo Nesbø.