Ostatnio sporo czytam i oglądam, ale niczego nie mogę skończyć, więc wyznając zasadę, że nie oceniam serialu przez końcem sezonu, ani książki przed przeczytaniem ostatniego zdania – blogowo zamilkłam.

Udało mi się wczoraj jednak wybrać na spotkanie z pisarzem poczytnych powieści kryminalnych – Markiem Krajewskim.  We Wrocławiu każdy zna jego książki, bo nie dość, że jest to rodzinne miasto pisarza, to było ono w pewnym sensie bohaterem jego powieści. Z tego powodu swojego czasu Krajewskiego czytali wszyscy w mieście.

Spotkanie z Markiem Krajewskim #marekkrajewski #kryminalnyblues #popielskiwroc #breslau #books #książki

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Martyna Piotrowska de Valdez (@martyna.piotrowska.valdez)

Spotkanie było związane z promocją jego najnowszej książki – Arena Szczurów. Nie dało się nie zauważyć, że autor ma wielu wytrwałych i bardzo dociekliwych fanów, którzy znajdują najmniejsze niedopatrzenia w jego książkach. Pisarz został również przebadany wykrywaczem kłamstw. Zadano mu pytania, czy widział zwłoki (widział), czy potrafiłby popełnić zbrodnie doskonałą (nie) czy to koniec serii o Popielskim (tak, ale podobno kłamał). Całe badanie zostało skomentowane przez specjalistę Jacka Bieńkuńskiego, który pokrótce przybliżył jak wykonuje się takie badania – co bardzo mnie zainteresowało.

Często o osobach, które znamy z mediów, a potem spotykamy osobiście mówimy “jest inny, niż mi się wydawało”.

Dlaczego wychodzimy z założenia, że komik musi być wesołkiem (najzabawniejszy na świecie Luis C.K. jest raczej gburem), podróżnik jest otwarty na świat i tolerancyjny (o czym można dyskutować, znając poglądy Wojciecha Cejrowskiego) a pisarz powieści kryminalnych powinien być mrocznym mrukliwym i najlepiej jeszcze bardzo ekscentrycznym osobnikiem.

Uświadomiłam sobie też, że w mgnieniu oka – patrząc na zdjęcie na okładce książki, czytając jej pierwsze strony i podświadomie chłonąc język, jakim posługuje się autor w głowie buduję sobie jego (oczywiście całkowicie zmyśloną) postać.

Przecież język w książce nie musi być taki, jakim pisarz mówi na co dzień – wszak mowę można odpowiednio wystylizować. Pracując przy sesjach zdjęciowych wiem, że modela można urządzić tak, że jego własna matka go nie pozna. A mimo wszystko k-a-ż-d-y pisarz w mojej głowie jest “jakiś”.

I wtedy spotkanie autorskie z Markiem Krajewskim uzmysłowiło mi, jak dalekie są od rzeczywistości są moje wyobrażenia.

Marka Krajewskiego widywałam do tej pory na okładkach jego książek gdzie wyłania się z mroku z poważną miną. W rzeczywistości nie miał w sobie nic z piekielnego władny ciemności – był bardzo energiczny, wesoły (a nawet ciut wesołkowaty) i sprawiał wrażenie że z tego całego badania wykrywaczem kłamstw zrobił sobie niezłą szopkę.

Przy podpisywaniu książek powołałam się na moich rodziców, którzy znali pana Marka w młodości – okazało się, że doskonale ich pamięta i przywołał anegdotkę o wspólnych nikotynowych wykroczeniach popełnianych z moim tatą podczas pielgrzymki. (!)

Podczas rozdawania autografów był niestrudzony i w doskonałym humorze czym – szczerze mówiąc mi zaimponował. Wiem, że to wpisuje się w jego zawód, ale ja za żadne pieniądze nie zdołałabym być tak entuzjastycznie nastawiona do ludzi. Każde święta i wesele odchorowuję w domu przez dwa dni z nikim nie rozmawiając. Po prostu istnieje dzienny limit osób, które mogę spotkać. 

Polecam wszystkim od czasu do czasu wybrać się na spotkanie z autorami waszych ulubionych książek – poszerzycie swoją więdzę o autorze i jego literaturze i zobaczycie, że pisarz też człowiek! :)