Książka Stuart MacBride’a Ubezwłasnogłowieni, chociaż przeczytana już trzy miesiące temu,  pozostawiła po sobie wspomnienie, które nie chce zblednąć, ale nie jestem taka pewna, czy jest to dobre wspomnienie.

Przenosimy się do Glasgow w odległej, ale nie do końca określonej przyszłości i zdecydowanie nie jest to przyszłość o której marzymy.

Świat wygląda dość paskudnie a ludzie uciekają od niego w wirtualną rzeczywistość.  Niestety, przebywanie w niej na dłuższą metę powoduje szaleństwo. Do tego najgorszych przestępców poddaje się lobotomii, żeby potem przysłużyli się społeczeństwu jako bezwolne kreatury do wykonywania najgorszych prac. I to właśnie ich nazywa się Ubezwłasnogłowionymi.

W takich okolicznościach przyrody wysoko postawiony pracownik Organizacji – czyli służb specjalnych – Will Hunter próbuje rozwiązać morderstwo. Okolica w której zostało popełnione również nie należy do najładniejszych. Sherman House to po prostu slumsy o których powiedzieć że mieszkańcy nie lubią policji, to jak nie powiedzieć nic.

W powieści wyróżniają się trzy postaci – główny bohater Will Hunter, Jo Cameron – policjantka która jest chyba jedynym kolorowym akcentem w tym ponurym uniwersum oraz lekarz patolog – przyjaciel Willa. Niezłe dialogi i odrobina czarnego humoru wprowadzają trochę powietrza do tej ponurej rzeczywistości. Will jest bystry, ma swoje pomysły i nie boi się iść pod prąd – pewnie dlatego zaszedł tak daleko w strukturach swojej firmy. Jednocześnie jako nieprzekupny idealista zderzy się z systemem, którego jako jednostka nie będzie w stanie pokonać.

Do tego mamy jeszcze ubezwłasnogłowionego który… no właśnie, na którym nie do końca powiodła się lobotomia i zaczyna powracać do świata żywych. I wcale nie ma dobrych zamiarów.

Książka stawia kilka pytań, które wydają się być aktualnie nie tylko dla tego przedziwnego i ponurego świata, ale także dla naszej dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości.

Czy można karać ludzi karą od której nie ma już odwrotu? Czy pozbawienie atrybutów człowieczeństwa to jedynie kara dla najgorszych przestępców, czy świadczy też o tych, którzy ją wymierzają? Czy da się stworzyć psychopatę? Albo wykryć prewencyjnie kto nim zostanie i złapać go przed popełnieniem zbrodni? I wreszcie co z tym VR? Czy to tylko technologiczna ciekawostka, czy w dobie poważnych uzależnień od gier komputerowych może doprowadzić do jeszcze większej katastrofy? A co z faktem, że dzięki nowoczesnym technologiom można dowiedzieć się o nas wszystkiego? Że oddaliśmy naszą prywatność w ręce rządów i wielkich korporacji?

W czasie kiedy polską wstrząsa historia niewinnego człowieka który spędził w więzieniu  niemalże dwie dekady, massive shooters co chwilę zdesperowani chwytają za broń i zabijają przypadkowych ludzi, a szef Facebooka przesłuchiwany jest przez kongres z powodu danych, które przekazywał innym firmom nie są to jedynie teoretyczne dywagacje, ale problemy jak najbardziej realne.

Książka jest bardzo wciągająca, ale jest to pewnego rodzaju niewygodna fascynacja

Jest tu sporo obrzydliwych scen, hektolitry krwi, paskudne miejsca i odrażające opisy. To trochę jak z oglądaniem “Piły” i innych slasherów.  Nie wiesz, czy chcesz to zobaczyć, ale jednocześnie nie możesz przestać. A potem żałujesz, że już nigdy tego nie odzobaczysz. To dla mnie spory minus i tani chwyt bo wiadomo przemoc sprzedaje się dobrze, ale niekoniecznie w takiej ilości wnosi coś świeżego do książki. “Ubezwłasnogłowieni” przywołują wspomnienia o książce “Futu:re“. Rosyjskiej, monumentalnej antyutopii w której przygnębiająca wizja przyszłości obeszła się bez przesadnego turpizmu. A jednak zapierała dech w piersiach i wciągała bez reszty.

Brakowało mi też zwięzłego zakończenia – książka aż prosi się o kontynuację (zapowiadaną z resztą), ale można było chociaż część wątków domknąć, a tutaj wszystko, co najważniejsze nie zostało dopowiedziane i pozostawia to zdecydowany niedosyt.

Jeśli prześledzicie komentarze w internecie przekonacie się, że “Ubezwłasnogłowieni” wzbudzają skrajne emocje i moim zdaniem nie ma się czemu dziwić, bo książka pozostawia czytelnika z bardzo mieszanymi emocjami. Nie jestem pewna, czy poleciłabym ją komuś, żeby nie zostać posądzona o zamiłowanie do obrzydlistwa. A jednocześnie nie wykluczam chęci sięgnięcia po kolejną część.